Forum TOR
Już teraz zapraszamy na nasze forum w sieci TOR.dopal67vkvim2qxc52cgp3zlmgzz5zac6ikpz536ehu7b2jed33ppryd.onion
Kopiuj adres
Zimowe centrum zarządzania dopkowego - historia prawdziwa.
08.01.2026, 13:58
![[Obrazek: Polish-20260105-113700369.jpg]](https://i.ibb.co/3YRpV8Z7/Polish-20260105-113700369.jpg)
PROLOG
-Halo, halo, żyjesz człowieku? Ocknij się, otwórz oczy! No już, otwieraj!
Głos był mętny, niewyraźny, jakby ktoś krzyczał do mnie z oddali.
-Halo! Wstawaj! Kurwa mać, chcesz zamarznąć w tym bagnie? Wstawaj!
Otaczający mnie jaskrawy śnieg był taki mięciutki, niczym puszysta kołderka, ale gdy otwierałem oczy światło słoneczne wydawało się wypalać źrenice a słowa z oddali zaczęły coraz wyraźniej i niepokojąco wybrzmiewać w mej głowie.
Gdy uniosłem głowę widok był conajmniej godny politowania, leżałem na lewym boku w zaspie śniegu, częściowo przykryty świeżym puchem a jedyne co mnie otaczało to porażająca jasność, wymiociny i targający mną nieznany mi facet.
- żyje, żyje - odchrząknąłem powoli obracając się na plecy
- dzwonić po karetkę?
- nie, nie trzeba, nie
- mogłeś tu zamarznąć idioto!
- taaa... przepraszam najmocniej...
- pijak zasrany! Chodź rufus, chodź piesku, idziemy do domu...
Głowa opadła w jakiejś dziwnej pozie wewnętrznej ulgi, jednak zdawała się eksplodować, nie wiem czy od wczorajszego wieczora z alfowładziem czy od pierdolenia tego typa, ale czułem się jak gówno a wyglądałem całkiem podobnie.
Jednak nic, absolutnie nic nie napierdalało mnie tak, jak palce u lewej dłoni.
Gdy wyciągnąłem rękę z pod siebie przerażenie i szok zajęły mój zmęczony umysł.
Odmrożenia nie były na szczęście rozległe, sięgały od małego palca do połowy serdecznego ale wyglądało to paskudnie, barwy ciemnofioletowej, brunatnej gdzieniegdzie, a uczucie drętwienia i wbijanych szpil rozchodziło się po całej ręce...
Leżałem na własnej kurtce ale...kurtka miała do połowy zwęglony jeden rękaw...
- ja pierdole... co ja kurwa odjebałem...
BAZA
Na teren opuszczonego ośrodka wczasowego dało się wejść jedynie przez dziurę w płocie albo od strony jeziora Lubowisko, piękne prywatne jezioro gdzie niegdyś łowiłem okazałe liny i płocie a kumpel nieduże, acz liczne szczupaki oraz leszcze, teraz stojący nad nim, na wzgórzu mały budynek, kiedyś mający zapewne rolę strażnicy, miał mi posłużyć jako zimowa baza wypadowa.
Miejsce idealne, z dala od wścibskich spojrzeń rodziny, która była już zmęczona moimi wybrykami w domu po nocach.
Stara zardzewiała kłódka zawieszona na drzwiach wejściowych nie opierała się długo i już po chwili uderzyła o metalową wycieraczkę pod drzwiami.
Wnętrze wyglądało na zmęczone acz uporządkowane, nietknięte przez ganiających tu latem i wiosną gówniarzy z oddalonej o pięć kilometrów wsi, w której też mieszkałem.
- idealnie - te slowa padły gdy stanąłem w środku delikatnie otrzepując śnieg z ramion.
W oknie wisiała jeszcze firanka, pożółkła od dymu papierosowego i mijającego czasu.
Drewnianą, tu i ówdzie trzeszczącą podłogę pokrywało gumoleum a z sufitu miejscami odpadał tynk.
W kącie stało drewniane kolonijne łóżko, obok szafka nocna i duża szafa.
Z drugiej strony mała, zapchana popiołem okrągła koza, pospawana prawdopodobnie ze starego bojlera.
Otoczony sosnowym lasem ośrodek został zamknięty pod koniec lat dziewięćdziesiątych, niegdyś pełen harcerzy zjeżdżających tu z Trójmiasta i okolic, dziś w styczniu dwutysięcznego osiemnastego roku, na siedem miesięcy przed wejściem w życie tzw ustawy dopalaczowej, stał samotny i opuszczony na wzgórzu.
Zupełnie jak ja, samotny w zabawie, opuszczony przez rozsądek, na wzgórzu spierdolenia umysłowego.
Do ośrodka prowadziła tylko jedna leśna droga, która ku mej uciesze, została jesienią doszczętnie poryta przez ciągnik zrywający kłody z lasu więc mogłem kręcić się w okolicy bez obaw, że ktokolwiek tu mnie zaskoczy, koleiny były zbyt duże a śniegu było całkiem sporo, więc następny dzień minął mi na przygotowaniach, oczyszczeniu piecyka, znoszeniu suchych gałęzi żeby ogrzać dupsko, generalnie na beztroskim przygotowaniu sobie ćpuńskiej miejscówki.
Na koniec sprawiłem tu sobie dmuchany materac i kocyk, po czym zatrzasnąłem na drzwiach własną używaną wcześniej do roweru kłódkę, a że była już kilka lat ze mną podczas wypraw na ryby, wyglądem nie odbiegała zbytnio od niszczejącego budynku.
Wycofując się z terenu ośrodka, gałęzią zacierałem własne ślady w śniegu.
Wszystko musiało być perfekcyjnie przygotowane, i było, wszystko prócz przećpanego alfą, durnego łba.
MISJA
Wnętrze urzędu pocztowego było zatłoczone, ludzi było sporo, każde okienko pracowało, panował gwar a ludzie zdawali się jacyś nieobecni, każdy spieszył w swoją stronę.
- mam przesyłkę na poste restante- oświadczyłem pani w okienku, po czym okazałem dowód osobisty.
Czasy zamawiania dopalaczy u Kolekcjonera to był istny raj.
Wybór dostępnych środków był olbrzymi a dostawa szybka i bezpieczna.
Tak, forma dostawy na poste restante gdzie trzeba było wśród kamer okazać własny dowód dzisiaj brzmi absurdalnie, jednak w owych czasach gdy poczta polska była jednym z kluczowych dostawców na rynku, była względnie bezpieczna. I o dziwo - skuteczna i punktualna.
Model biznesowy gdzie wciąż jeszcze legalne dopki dostarczane były pocztą czy kurierem nie był wtedy tak prześladowany przez służby jak teraz, więc praktycznie wszystko latało jak w zegarku.
Odebrałem w ten sposób dziesiątki narkoprzesyłek i ani razu nie wydarzyło się nic, co mogło rzucić choć cień podejrzeń na zjeba za szybą.
- proszę tu machnąć
Odbierając niewielką przesyłkę nie byłem jeszcze świadom, że jej zawartość zamieni nadchodzące godziny w jedną z najbardziej popierdolonych akcji w moim życiu.
PIES!
Droga szutrowa z Kościerzyny nad jezioro prowadziła starą trasą kolejową, gdzie jeszcze przed wojną jeździły pociągi, dziś po torach nie było już śladu, droga była prosta i prowadząca przez stare nasypy kolejowe, mnóstwo przerzuconych powyżej niej kamiennych mostów - bardzo malownicza.
Miejscowi nazywają ją stara sztreka.
W połowie trasy małą osadę niegdyś będąca stacją kolejową, dziś zamieszkiwało kilka rodzin, w okolicy jedno stare gospodarstwo rolne.
Szelmowski uśmieszek nie schodził z mej gęby gdy żwawo zmieniałem biegi w zdezelowanej już nieco skodzie favorit, gnając podekscytowany starą sztreką na spotkanie z dopkami.
Favoritka była idealna, miała wysokie zawieszenie w sam raz na moje wyprawy, instalację gazową, była tania a ja nie miałem prawka wiec nakurwiałem nią przez wszystkie wiejskie pipidówy z dala od psiarni.
Szutrowa droga dziś pokryta marznącym śniegiem odbijała słońce niczym lustro, trzeszczące zawieszenie wybierało dziury w drodze a ja mrużąc oczy jak chińczyk po libacji starałem się nie wyrżnąć w zamarznięte na kość zaspy przy drodze.
- kurwa, pies! - ryknąłem, jednocześnie z całej siły wdeptując pedał hamulca w podłogę.
W ułamku sekunk skodą obróciło raz, potem drugi, po czym bokiem wrzuciło mnie do płytkiego rowu ciągnącego się wzdłuż drogi.
- kurwa, kurwa, kurwa mać! Jebany kundel!
Nie wiem kiedy ten jebany fafik wbiegł na drogę, wszystko wydarzyło się zbyt szybko...
Wkurwiony i roztrzęsiony wydostałem się z auta przez drzwi pasażera, te od kierowcy otulone były jedynie ścianą śniegu w jaki wbiła się skodzina, trzęsącymi się rękoma odpaliłem papierosa i zrobiłem obchód auta.
- ja pierdole, ale fart, dobrze że jechałem tylko 40 - mruczę sam do siebie jednocześnie wypatrując gdzie mogę zagadać o pomoc żeby jakoś wydostać białą strzałę...
Z podłogi zebrałem porozrzucane, zrobione wcześniej zakupy, przesyłkę z dopkami schowałem pod siedzeniem i podążyłem do pobliskiego gospodarza z prośbą o pomoc.
Nie pamiętam czy dałem mu stówę czy dwieście, ale chłop był mega uprzejmy, zalał chłodnice ciapka gorącą wodą i po kilku minutach walki wyciągnęliśmy skodzinę z rowu.
Z zewnątrz auto nie ucierpiało, jednak zerwane przewody spod podłogi skutecznie unieruchomiły ćpunowóz.
ŁOGIŃ!
Plastikowe pudełka po grach od Kolka były już legendarne i nadawały się wręcz idealnie do skosztowania towaru w terenie.
Wszystko się zgadzało, piątka Władzia, piatka Alfy i trzy opakowania 0,2g Funky.
I niech was nie zwiedzie niska waga opakowania funky, to pieruństwo było tak kurwa mocne, że jedno można było śmiało podzielić na kilka ekstremalnie silnych w działaniu dawek, a legendy i spory o obecnym w nim mdpv do dzisiaj krążą po specjalistycznych hehe forach.
I klepało, jeszcze jak!
Po uprzednim skonsumowaniu węgorza gdzieś na pniu w środku lasu nie przeszkadzał mi ani kilkustopniowy mróz, ani śnieg powyżej łydki ani to, że samochód został gdzieś w szczerym polu, a dokładane gdzieś po drodze linie władzia na zmianę z alfą zrobiły ze mnie terminatora zanim dotarłem w delikatnym już półmroku do czekającej na mnie bazy nad jeziorem.
Pierwsze co zrobiłem to rozpaliłem ogień w kozie by się ogrzać i spędzić tu noc dokładnie tak, jak wcześniej sobie zaplanowałem.
W jakimś starym słoiku zrobiłem drina, a przemoczone od śniegu buty schły sobie koło piecyka, który był jednocześnie moim jedynym źródłem światła prócz telefonu, bo latarka którą miałem przygotowane na tą noc wpadła gdzieś pod siedzenie podczas spotkania z fafikiem, a stres i roztargnienie spowodowało, że jedyne czego wtedy potrzebowałem to jak najszybciej się tu dostać.
W środku nocy telefon, na którym ku mej uciesze przeglądałem wcześniej żywo nagie modelki w akcji, zdążył się już rozładować a worki z wrzuty na wrzutę robiły się powoli puste, jedyną moją rozrywką w stanie totalnego już wyturbienia i schiz, było ganianie od łóżka do okna, od lagi do bąbki...
Ogień i tańczące cienie w starej budce, w nocy, w środku lasu były jak płachta na byka. Każdy trzask był alarmem po którym napięty jak strzała stałem w oknie powoli zerkając zza firanki obserwując okolicę.
Nocą w lesie otulonym śniegiem nie jest jakoś specjalnie ciemno, jednak im bliżej dna worków, tym noc stawała się bardziej ciemna i mroczna.
Tym bardziej kiedy znajdujesz jeszcze w plecaku gratisy z przesyłki.
Nie pamiętam już które to było cocolino -
cherry czy exclusive, możliwe że były oba, prócz tego dwie nieznane mi wtedy błękitne tabletki z dużym logo ETI - tak je zapamiętałem.
Dzisiaj już wiem, że był to etizolam, było to moje jedyne benzo jakie w życiu zjadłem.
W jakich okolicznościach i w jakiej kolejności, tego już nie spamietałem, może obie?
To wszystko już zbytnio się zlewa w pamięci, jednak jest coś, co wyryło w mym umyśle rysy tak głębokie, że szczegóły tej nocy jak flashbacki migoczą po dziś dzień.
Cienie drzew tańczące w półmroku nie dawały mi spokoju a desperacja z braku światła w warunkach kompletnej paranoi to idealny przepis na zbliżającą się katastrofę...
Pochodnia z suchej gałęzi nie trzymała ognia zbyt długo, zanim sprawdziłem okolicę czy na pewno nikt się tam nie skrywa ogień zdążył już zgasnąć ale wystarczyło szybko wrócić do domku by tylko na chwilę wcisnąć konar do żaru w piecu by zapłonęła jasnym ogniem ponownie.
W tym dzikim amoku, po którymś już z rzędu powrocie by znów rozpalić pochodnię, musiałem zapomnieć zamknąć drzwiczek.
Palące się gumoleum, koc, materac...
W głowie pełnej paranoi nie znalazłem sposobu być tam wejść i to ugasić w zarodku, to był moment, w którym prawdopodobnie chwyciłem tylko kurtkę i stamtąd spierdoliłem przed odpowiedzialnością by koło południa ocknąć się w połowie drogi do domu leżąc w zaspie i szarpanym przez jakiego spacerowicza z psem.
Spalony budynek z zapadniętym do środka dachem po pożarze stał tam jeszcze kilka lat zanim terenu nie wykupił pobliski radny a wszystkie stojące tam zabudowania skończyły jako gruz, przemielone przez gigantyczną kruszarkę.
I tylko okopcona, częściowo zwęglona stara sosna na której tamtej nocy zalegała okiść, a która swymi konarami sięgała ponad dach, przypomina o wydarzeniach tamtej nocy
08.01.2026, 21:24
Co ciekawe, ta droga na której rozjebalem favoritkę, to miejsce, to jest dokładnie ta sama okolica gdzie w sierpniu 2017 roku zastał mnie w nocy w lesie huragan XD
Może ze dwa kilometry dalej.
Jakaś niefartowna ta okolica.
Może ze dwa kilometry dalej.
Jakaś niefartowna ta okolica.



